środa, 10 listopada 2010

Gdzie jest suwalski szlak tradycyjnych smaków?

Z Wilna przywiozłam smak kibinów, z Trok czenaków, z Rumszyszek grochu ze skwarkami, z Wiżajn sera podpuszczkowego, z Puńska blina teściowej, z Maćkowej Rudy drożdżówek, z Barcelony oliwek i pomarańczy, z Rygi czarnego balsamu...
I wcale nie były to wędrówki z cyklu "poszukiwacze smaku na szlaku", a jednak lubię poznane miejsca kojarzyć ze smakiem.
Zastanawiam się, dlaczego na Suwalszczyźnie nie ma jeszcze szlaku smaków? W ogóle nie ma wiele takich tras w Polsce. Słyszałam o szlaku oscypa, piernika, wina, zaistniał nawet ekstremalny szlak szarlotek tatrzańskich i małopolski szlak śliwkowy. Myślę, że mamy swoje smakowite dania regionalne, może udałoby się je połączyć z doznaniami duchowymi? Tak duchowymi, bo pobyt w urokliwych zakątkach ma różne oddziaływania, sądzę, że duchowe również. Jedzenie i krajobrazy, smaki i powabny pejzaż, wiejski chleb i swojski plener, miód i zielona kraina, bajka czy baśń? To nie tylko smakoszostwo.

Oto moja propozycja, moje ulubione miejsca i potrawy, a zatem zapraszam na pierwszy "suwalski szlak tradycyjnych smaków".
Ruszamy w kierunku Jeleniewa, skręcamy na Kazimierówkę, aby dojechać do Szurpił i tam skręcamy w prawo, zgodnie z napisem - Potajemnica. Szukamy tajemniczego siedliska pani Beaty (z Szurpił trzy razy w prawo). Kamienną drogą wjeżdżamy na wyniesienie. 
Stacja I - "Podpłomyki z Górą Zamkową w tle" 
Danie pierwsze lekkie i łatwe do wykonania, mąka, woda, ognisko plus wspomnienia o Jaćwingach, którzy tu żyli, gospodarowali, wojowali, ponieśli klęskę, ale słuch po nich nie zaginął. Góra Zamkowa pamięta wiele i chociaż grodzisko zostało przez archeologów odtworzone, to są nadal pytania o rok 1283, ktore pozostają bez odpowiedzi. Przy ognisku i podpłomykach nasyćmy się szurpilską panoramą.
Niedaleko Turtul, warto zobaczyć ruiny młyna, bo to tu w minionych wiekach mielono mąkę na chleb dla całej okolicy, niektórzy przejeżdżali ponad 20 km wozem drabiniastym z workami żyta i pszenicy. Tak drzewiej bywało... Może jaki chłop do Skrobka podobny swą szkapiną zboże tu woził, a Krasnoludki - naród nieduży, za workami się kryły, a potem Turtulowi, młynarzowi staremu, w niejednym pomagali.
Opuszczamy dolinę Czarnej Hańczy. Zapraszam na krótki przejazd w kierunku Bachanowa i Błaskowizny. Przejedźmy wieś Hańczę i Przełomkę kierując się do Mierkiń. Przy drodze po prawej stronie będzie szyld "Domu gościnnego", zajedź tam.
Stacja II - "Kawa z Hańczą w tle" 
Czas na poranną kawę, może być zbożowa, tradycyjna. Po zapoznaniu się z panią Małgosią, usiądź (z kawą) przed gościnnym domem, stąd jest najpiękniejszy widok na jezioro Hańcza. Nawet jeśli "Królową Głębin" znasz od strony Błaskowizny, bądź Starej Hańczy, albo z wieży widokowej na Górze Leszczynowej lub z brzegu wschodniego od głazu "granicznego", to widok stąd powala, uwierz mi. Tu nagrywane były niektóre sceny do komedii romantycznej "Dlaczego nie". Maciej Zakościelny z Anią Cieślak nocą w czasie burzy, romantyczna kąpiel itd.
Ja, jednak to wzgórze kojarzę z zasłyszaną ludową opowieścią, jak to wieśniak po utracie swej ukochanej żony wychodził wieczorem na brzeg jeziora i z utęsknieniem wołał jej imię: Hanka, Hanka, Hanka...., a echo niosło po tafli jeziora i odpowiadało: Hańcza, Hańcza, Hańcza. Piękna to opowieść o tęsknocie i miłości.
Romantyczne nastroje możemy podtrzymać w alei lipowej w Starej Hańczy. Stąd ruszamy w kierunku Dziadówka, to na Okliny i Wiżajny. Blisko kaplicy w Kłajpedzie skręcamy w prawo.
Stacja III - "Wiejski chleb z Dziadówkiem w tle" 
Czas na konkretne śniadanie u pani Krysi. Pajda chleba i świeże masło, albo smalec i ogórek kiszony, twaróg, albo miód, palce lizać. Nie dajmy zdominować się rozmowom politycznym. Nie pytajmy o posesję Palikota, ani o gości jego, bo poszukiwacz smaku znajdzie w Dziadówku inne atrakcje, zapach rozczynu chlebowego, zapach mięty... Proponuję pogawędzić o piecu chlebowym, albo o nazwie wsi. Podpowiem tylko, że pogardliwie mówiono o ubogiej kobiecie lub żebraczce - dziadówka, ale czy to ma coś wspólnego z tymi okolicami?
Po drugim śniadaniu czeka nas przejażdżka w poszukiwaniu zupy. Jakiej? Kaszubi nazwali ją "zupa dziadówka", a u nas? Udajemy się dalej przez Okliny na północny-wschód, do Wiżajn, na ulicę Wierzbołowską 35. Po drodze wysoczyzna rowelska z widokiem na wiatraki, nasz biegun zimna, potem dolny rynek Wiżajn i dalej wzdłuż jeziora.
Stacja IV - "Kwaśna zupa z jeziorem Wiżajny w tle" 
Seromaniakom jako przystawkę proponuję degustację serów przeróżnych: ziołowych, wędzonych, śmietankowych, albo "a la feta". W tym czasie pani Małgosia doprawi i okrasi kwaśną zupę, i zapewne zdradzi ciekawskim jej przepis. W moim tradycyjnym menu ta zupa jest zupełną nowością,  ale skoro Wiżajny od lat serowarstwem stoją, to praktyczne prababcie znalazły zastosowanie również tzw. produktów ubocznych. Serowatkę oddawały zwierzętom domowym, a maślankę? Właśnie ją zastosowały jako bazę do kwaśnej zupy. Przypomina smakiem żurek, ale... Zresztą sam pokosztuj. Za ogrodem widok na jezioro Wizajny. Czas na odpoczynek, a może poszukiwanie raków, bo z tego przysmaku również Wiżajny słyną. Sam król Władysław Jagiełło je po polowaniu w 1409 roku jadł, a nachwalić się nie mógł, to i praprapradziadowie od raków tę osadę nazwali, bo weżys po litewsku znaczy - raki.
Ruszamy do Smolnik, bo tam najpiękniej! Nie da się ukryć! Po ustnym ankietowaniu swoich znajomych, widok na jezioro Jaczno wygrywa, choć najczęściej odwiedzany jest punkt widokowy "U Pana Tadeusza". Niektórzy o nim mówią: "Dech zapiera".
Stacja V - "Kartacze w rosole ze Smolnikami w tle" 
Tuż przed Smolnikami, w Ługielach, skręcamy w lewo do bazy pod lasem o nazwie "Szaraczek". Po raz pierwszy, właśnie u Jasi jadłam kartacze w rosole, nazwałam je - po smolnicku. Różnią się od tradycyjnych smakiem i wielkością, a zalewa z klarownego rosołu, danie smolnickie wyłania spośród wszystkich suwalskich kartaczy. Po obfitym obiedzie, czas na spalenie kalorii. Decydujemy się na wspólny wypiek sękacza? To siła docynku, ale powolne kręcenie wałka, polewanie ciasta i obserwacja zapiekanych sęków oraz słoi to doznania niepowtarzalne! A deser? Pychota.
W takim błogostanie sam zdecyduj, dokąd pojedziesz dalej, a może tu zostaniesz?
Jeszcze tylko jedna myśl przemknęła mi... Kobiety solą tej ziemi.


poniedziałek, 8 listopada 2010

Jak świętować 11 listopada?

Przyznam.
Wiele razy było mi wstyd, nie wiedziałam, co mam robić w Świeto Niepodległości? Brakowało mi sensownych wydarzeń, które wnosiłyby coś kreatywnego. Szukałam różnych rozwiązań, aby odkurzyć, bądź podbudować swój patriotyzm. Chciało się powiedzieć, że nikt nas nie nauczył, że nie ma tradycji, że...
Ale! Kto szuka, ten znajdzie.
Kilka dni temu ukazały się informacje o grze miejskiej w Suwałkach. Rewelacja! Grupa w działaniu! Poszukiwanie! Odkrywanie! Suwalskie wydarzenia w latach 1918-1919! Poruszona została moja inspiracja, a wewnętrzny głos zawałał - wreszcie!
Dzwoni telefon.
To Trampajka, moja przyjaciólka, biegnąca z wilkami - tak jak ja. Ta sama fala! Mówi o grze. Tworzymy zespół? Tak. Nadaję grupie nazwę, zgłaszam. Jest potwierdzenie. OK! 
Teraz powtórka.
Historii, trochę zapomnianej, trochę zupełnie nieznanej, skrawek trudnych chwil i zdarzeń w grodzie nad Czarną Hańczą. Szperam, przy okazji wyciągam monografię Suwałk, opasła księga stała na półce już jakiś czas, zakurzona, chociaż jeszcze bez moli. Wypada jakaś kartka. 
Czytam.
Motto: "A kiedy nas rozdziela siedem gór i rzek są to góry i rzeki dobrze znane z mapy" W. Szymborska,
Podziękowanie
Szanowna Pani ....
Dziekujemy za wiedzę i cierpliwość, z których korzystaliśmy bez ograniczeń,
za przyjaźń, którą bardzo cenimy,
zaangażowanie...
i to wszystko, czego nie wyrażą żadne słowa...
Prosimy pamiętać o nas, ciepło nas wspominać 
Z wyrazami szacunku...
Wzruszenie.
Szukam daty. Jest, 2005 r. Myślę ciepło, pamiętam, wspominam.
To moja historia.

niedziela, 7 listopada 2010

Jak widzę to miasto?

Wstaję. Niedzielny poranek
U mnie pełna mobilizacja. Jest cel! Jest działanie! Zadanie pierwsze to dotrzeć do centrum Suwałk, z Osiedla Północ to 30-40 minut. Decyzja odważna - mimo mżawki - wybieram się pieszo, zamiast kijków do nordic walkingu, biorę parasol - laskę. Kijków nie lubię, nie chodzę wyczynowo, przeszkadzają mi w obserwacji, a może mam problem z koordynacją? A parasol duży i długi uwielbiam, bo podobny ma Maria Konopnicka - ta, która spogląda na nas z płaskorzeźby na Bibliotece Publicznej. W razie deszczu zawsze można kogoś przygarnąć, a jeśli jest pogodnie  mój parasol staje się laską, ale wykorzystuję go też często jako wskazówkę. 
Idę.
Z krajowej ósemki dochodzą odgłosy, mimo niedzieli  kolejny sznur tirów przemyka na wschód. Na schodach Biedronki siedzi kobieta, znam ją z widzenia, ma wymęczoną wódką twarz. Podaje życzliwie zgniecioną puszkę po piwie Heniowi. To mój ziomal, inteligentny facet, wiodło mu się całkiem nieźle w młodości, ale teraz jest bezdomny, zamieniamy kilka zdań. Mówi, że do pracy wstał już o czwartej, bo musi zdążyć obejść swój rewir, a po sobocie jest co zbierać, opłaca się, ale wiadomo, kto pierwszy, ten lepszy, chociaż ogólnie starają się sobie w drogę nie wchodzić, pokazuje reklamówkę z Biedronki wypachaną po brzegi puszkami. Pochylony, odchodzi, kiwnął jeszcze do kumpelki na schodach, to nie był pożegnalny gest, dzień długi, pewnie jeszcze się spotkają, żeby pomóc sobie w potrzebie.
Dalej. 
Widzę ogromny plakat zawieszony na rozpoczętej budowli w surowym stanie, informujący, że ten oto kandydat, będzie walczył o lepszą przyszłość Suwałk. Mija mnie pusty autobus, oprócz kierowcy, jedzie nim  (na plakacie) kolejny kandydat, który ma swoją wizję Suwałk. Na przystanku siedzą młodzi, nie są trzeźwi, to pozostałości po sobotniej nocy, nie wsiadają, może nie wiedzą, dokąd tak naprawdę chcą jechać? Przystanek oklejony jest plakatami, jest tam wiele twarzy - męskich, kolejne hasła... 
Nie pada.
Przypomniał mi się billboard z Augustowa, taki chyba sprzed roku, słońce i napis: "Augustów - kocham to miasto!". Później widziałam to na koszulkach i naklejkach. Jakie to było wyznanie? Jaka otwartość? Jaka szczerość.
Wyszło słońce.
Gdyby ktoś dziś miał  hasło wyborcze: "Suwałki - kocham to miasto!" oddałabym na niego głos. Wiem, że dla miłości można zrobić wszystko.
Doszłam do celu. 

sobota, 6 listopada 2010

Jak poszukuję tajemnic w kamieniach?




Nazywam je różnie: skamieniałości, głazy, przybysze ze Skandynawii, świadkowie wielu tajemnic.

Od wieków opowiadano o nich legendy, często w baśniach czarny charakter zamieniany był w głaz.
Z żabą było lepiej, pocałunek zmieniał wszystko, a głaz zostaje skamieniały.
Często mówimy: "Idzie jak z kamienia", co znaczy w ogóle nie idzie! Powiedzenie "Idzie jak po grudzie" - słabo, ale idzie. A przebój Lombardu? Wszyscy błagalnie śpiewali "Nie zamieniaj serca w twardy głaz..."

Na Suwalszczyźnie mogą zadziwiać skupiska głazów, które są objęte ochroną rezerwatową! Myślę, że to miejsca niepowtarzalne. Spośród trzech, wybieram to najpiękniejsze dla mnie - głazowisko łopuchowskie.
Są skamieniałości polodowcowe takich rozmiarów, które uzyskały status pomników przyrody.
Są kamienie, na których znajdują się tajemne znaki. Są ludzie, którzy te kamienie kochają. Wpatrują się w wyżłobienia, kształty i formy. Dziwią się i myślą o zdarzeniach, których skamieniałości nie zdradzają.
Moje pierwsze poszukiwania związane były z legendą "O Jegli". Bóg Perkunas zamienił w dwa głazy złych braci, którzy podstępnie zdobyli hasło, wywołali  z podwodnego pałacu Żaltisa - węża i zabili go. "Wielka miłość nie umiera..." i tak było w Szurpiłach, Jegla zamieniona w świerk nadal kochała, ale chyba trudna ta miłość była.
Ale nie mnie oceniać, wracam do tematu kamieni. Wiedziałam, że zaklęci bracia nadal tkwią u podnóża Góry Zamkowej, a zatem wiedziona legendarną intuicją z trudem odszukałam głazy. Tam odbył się spektakl, gdzie polała się krew i gromy z nieba zagrzmiały - w mojej wyobraźni, ale to dawno było.
Pewnego dnia, zdziwiłam się, będąc w Pałandze usłyszałam tę samą legendę, bohaterką była Egle. To jak to naprawdę było? Zmalało moje ziarenko prawdy o szurpilskich kamieniach, chociaż wiem, że Egle po litewsku znaczy świerk.
Potem postanowiłam odszukać "graniczny" głaz, o którym ciągle wspominano w przewodnikach. Trzy tajemne linie nie dawały mi spokoju. To było latem. Postanowiłam objechać jezioro Hańcza dokoła rowerem, aby na wschodnim brzegu odkryć, dotknąć i sprawdzić rozmiary, a przede wszystkim zaspokoić swoją ciekawość. Rower okazał się nie najlepszym pomysłem, a czasem nawet balastem, bo na zalesionym brzegu, bobry powaliły wiele drzew, a momentami wąska ścieżka była nie zbyt bezpieczna. Głaz leży na cyplu, jest mało widoczny, ale z bliska robi wrażenie. Zastanawiałam się, czy trzy linie rzeczywiście mogą oznaczać dawne granice puszczańskie? Ale skoro sama Bona, królowa znacząca, znaczyć to rozkazała, to też w to wierzę.
Jest jeszcze jedno podanie. Pod kamieniem tym schowany jest klucz od jeziora bram. Słynna głębina jest bezpieczna dopóki, dopóty anioły jej strzegą, a na ziemi suwalskiej dobro panuje. Cóż będzie jak czartowska moc klucz wydobędzie? (Rym! No cóż jadłam ser!) Spokojnie! Kochajmy anioły!

Niedawno, będąc na pogaduchach w Wiżajnach, dowiedziałam się, że za Wisztyńcem na Litwie,  jest kamień z wgłębieniem na wierzchu, na który wchodzi się po drabinie. Niektórzy twierdzili, że to stopa diabła, inni, że Matki Boskiej. Wieści skrajne, ale w przekazach ludowych tak bywa. Pojechałam, glaz Visticis leży 2 km na północ od Wisztyńca przy drodze do Kybartai. Wysoki - 4 m! Długi - ponad 7 m! Szeroki - 4,7 m. Prawie 17 metrów obwodu. Okazało się, że ma określenie "cudowny" ze względu na znaczenie religijne, bowiem siedziała na nim Matka Boska. Do XIX wieku odbywaly się do niego procesje. Dziś głaz jest pomnikiem archeologicznym i zajmuje szóste miejsce wśród litewskich głazów narzutowych. Myślę, że kult tego miejsca istniał wcześniej, jeszcze przed chrześcijaństwem.

"Blisko Rutki Tartak  jest kamień, w który zamieniona została zła córka..." - czytam stary przewodnik. O! To musi być blisko jeziora Pobondzie! Byłam tam wiele razy, ale nie znałam tej legendy, głazu nie szukałam,  cóż - uczymy się całe życie! Pojadę, sprawdzę, czy woda na kamieniu wyżłobiła bruzdy, takie same jak łzy rozpaczy wyrzeźbiły w twarzy matki. A może już tego głazu nie ma, bo przekleństwo zostało zdjęte? Jeśli tak, to ciekawa jestem, jak wygląda kamień o nazwie "Durna Maryna"  znad jeziora Gaładuś?                                


                                                                                                                                                                                                                     

piątek, 5 listopada 2010

Może jestem seromaniaczką?

"Kto zabrał mój ser?"
Opowiadanie o życiowych decyzjach, egzystencjalnym labiryncie, różnych postawach naszych i tych, którzy są obok nas - czytam po raz kolejny. Wiem dokładnie, którą "myszą" jestem, wiem, że nie czekam na chwilę, aż ktoś zabierze mi ser, wiem, że...

Ostatnio wielopłaszczyznowo poznałam Wiżajny! Krainę serów podpuszczkowych!
Obserwowałam....
Słuchałam....
Smakowałam...
Wąchałam...
Dotykałam...
Na początku zachwycałam się płaskowyżem rowelskim, terenem na Suwalszczyźnie najwyższym, biegunem zimna rozciagniętym w przestrzeni, pokazującym, że nie musi Góra Rowelska mieć typowego, zarysowanego szczytu, po co? Miejsca tu dostatek! Wszystkim! Nie musi mieć wysokości wyżynnej, po co? Wystarczy 298 m n.p.m. (jak dobrze pisać - nie musi!)
Na tej wysoczyźnie - Wiżajny, nie muszą być już miastem, miano osady gminnej noszą dumnie, szczególnie jak doda się - ostatniej w półnono-wschodnim skrawku Polski, a jeśli trafisz tu na "Święto Sera" (druga niedziela sierpnia) to zapewne nikt nie będzie zmuszał cię do zabawy. Serowo-maślane konkursy włączą każdego do aktywności.
Dawniej o Wiżajnach słyszałam wiele dowcipów, że tu wrony zawracają, na dokładkę asfalt zwinęli, a diabeł mówi dobranoc... I takie tam... Można by to powtarzać, ale kiedy miejsce pozna się wszystkim zmysłami, to...
A miejsce to ziemia i ludzie, a ludzie to konkretnie: Basia, Mariusz, Tereska, Antoś, Jola, Małgosia, Ala, Ania ...
Ci robią sery z macierzanką i kminkiem, tamci z czosnkiem i bazylią, inni z papryką i tymiankiem. Gama smaków. Smakowałam, próbowałam, degustowałam, obżerałam się! 
Przepis stary, wiekowy, tradycyjny, po babciach! Ale jakże prosty!
* Kilka litrów mleka od Mućki, która wcześniej spożywała macierzankę! 
* Kilka kropel magicznego płynu, którego pochodzenie owiane jest tajemnicą
* Kilka miarek źródlanej, wiżajńskiej wody, podgrzanej ręką "specjalistek"
* Do tego szczypta szczęścia i bezmiar miłości
Sposób przyrządzenia poznasz uczestnicząc w programie wioski tematycznej "Biegun zimna i sera"!
Poznałam, dotykałam. Znam zapach serwatki i maślanki, ale najbardziej lubię wąchać świeże, wypłukane masło.

 Pierwszy dowód na seromaniactwo, czyli objaśnienie snów z serem związanych:

Jeśli we śnie jesz swieży ser, to znaczy, że zdrowie ci się poprawi. Jeśli jesz ser spleśniały i stary to zapewne jest to ostrzeżenie przed chorobą. Śni ci się krojenie sera? Najpewniej dostaniesz skierowanie do lekarza - przypuszczenie wskazuje chirurga. Robisz we śnie ser - oczekują ciebie ludzie, którzy tak wiele tobie zawdzięczają.

Drugi dowód - tworzenie rymowanek: 

Wielka mnie ciekawość bierze - 
Skąd się biorą dziury w serze? 
Myślę o tym kiedy leżę, przy deserze, na spacerze...

 Pokłóciły się dwa jeże, ile dziur jest w serze?
 Pokłóciły się wiewiórki, kto wywierca w serze dziurki?
 Pokłóciły się borsuki, dlaczego dziurki, a nie luki ?
 - Po co kłótnie i pytania! Dziury w serze to proces 
             d   o   j   r  z  e  w  a  n  i  a 

Ślimak, ślimak pokaż rogi! 

Nie wystawię tobie rogów,
bo nie lubię już pierogów.
Jeśli z Wiżajn będą z serem
skuszę się tym deserem.

Ślimak rogów nie pokazał,
ser się trochę poobrażał.
Z tego morał taki -
nie wszystkie sery lubią ślimaki.
                                           
 Trzeci dowód - Sery z Wiżajn jadam, bo do rymu gadam.

czwartek, 4 listopada 2010

Warsztaty decoupage'u 26 XI i 3 XII 2010 r.

wtorek, 2 listopada 2010

Czy to ten sam świat?

" W Atenach znaleziono dwie podejrzane paczki na terminalu towarowym... policja zdetonuje je na lotnisku...".
Słucham urywków wiadomości, znów zagrożenie, niepokój, chaos, zło... Pomimo, że niewiele pamiętam z wkuwanej łaciny, przemyka w głowie sentencja Homo homini lupus est rozwiewając błogie rozmyślania w czasie listopadowego spaceru po Atenach. Idę dalej, wiem, że mnie tu nic nie grozi. Tu czuję się bezpieczna. Spoglądam na ciemny płaszcz Puszczy Augustowskiej, który obejmuje jezioro Blizno. W lustrze wody odbija się blask południowego słońca.
- W tym roku mamy piękną jesień (szczegół to istotny na Suwalszczyźnie), a w Atenach cisza na wszystkich pomostach, które nieśmiało wysuwają się spośród  porudziałach trzcin, łódki zakotwiczone, gotowe na zimowy sen, furtki przymknięte, dominują dwa słowa - "teren prywatny".
- Może panią podwieźć do Nowinki? - przerywa męski głos moje obserwacje, otwierając drzwi samochodu.
- Nie, nie, dziękuję - odpowiadam życzliwie uśmiechem na uśmiech.
O proszę! Uroczo tu i ludzie mili! Dobrze myślałam, Nasze Ateny do czegoś zobowiązują! A tam na innym krańcu może jeszcze trwa detonacja drugiej paczki?
Zostawiam brzeg jeziora Blizno. Jeszcze na chwilę pozostaję przy jego nazwie. Etymologia - tak to ważne. Blizno jak blisko? Blisko Wigier? Blisko Aten?
Zatrzymuję się i własnym oczom nie wierzę! Uwielbiam takie odkrycia! Kolorowe, drewniane domy! Niebieskie okiennice, obok biało-zielone, dalej zielono-brązowe. Odważna radość. I radosna twórczość. Przy jednej z bram kapliczka, dłubanka, w pokaźnej, drewnianej kłodzie jakby w dziupli spogląda na okolicę Chrystus Frasobliwy. Widzę też, że z podcienia oddalonego domu spogląda na mnie - być może autor kapliczki? Zaczęłam rozmowę.
Nie pytam o dawnego właściciela, kupca z Augustowa, Gerszona Ateńskiego, odległe to czasy... Dziś najważniejszy jest inny mieszkaniec - Józef Goworowski, urodzony sto lat temu. 
- Mieszka niedaleko, stąd to druga droga w lewo, możemy panią podwieźć. Zresztą proszę zaczekać, zaraz wrócę.
Arytysta! Długie włosy spięte w kucyk, hmm... przyprószone lekko siwizną.
Po chwili trzymam w ręku książkę "Ateny nad jez. Blizno i nie tylko..." 
- Norbert Michta, wszystko spisał, mieszka tu...
Czas nagli. To rozmowa niedokończona...
W drodze powrotnej otwieram książkę na przypadkowej stronie, z fotografii uśmiecha się do mnie Filip Bajon. Acha, widzę, że Ateny to jego drugi dom. Uśmiech za uśmiech! Przypominam "Śluby panieńskie", które oglądałam kilka dni temu. 
Jaki świat jest mały! Czy to w ogóle ten sam świat? Wracam.
- Przy detonacji paczek w Atenach nikt nie zginął- słyszę w radiu kolejną wiadomość. 

Ateny - Wikipedia podaje - wieś letniskowa w powiecie augustowskim.  Tylko tyle? A tu proszę piękna tyle, dobra tyle, możesz garściami brać.








 
Free Flash TemplatesRiad In FezFree joomla templatesAgence Web MarocMusic Videos OnlineFree Website templateswww.seodesign.usFree Wordpress Themeswww.freethemes4all.comFree Blog TemplatesLast NewsFree CMS TemplatesFree CSS TemplatesSoccer Videos OnlineFree Wordpress ThemesFree CSS Templates Dreamweaver